Pomagam i wpłacam

Beata to poetka z mat-fizu. Potrzebuje naszej pomocy, żeby pokonać białaczkę i groźne powikłania

7 września 2020

Jej pasjami, zainteresowaniami i zdolnościami można bez trudu obdzielić kilka osób. Beata po mamie odziedziczyła zdolności artystyczne, po tacie techniczne. I rozwija się w obu tych kierunkach jednocześnie. Na jej drodze pojawił się jednak groźny przeciwnik. Ostra białaczka limfoblastyczna, która postawiła na głowie życie całej rodziny. Żeby pokonać chorobę potrzebna jest pilna pomoc. Żeby zdobyć lek, który pozwoli pokonać poważne komplikacje, które wywołał nowotwór.



Beata Dżygóra, piętnastolatka z niewielkich Rząsin niedaleko Gryfowa Śląskiego ma duszę artystki. Po mamie odziedziczyła niesamowite zdolności plastyczne i manualne. Potrafi ze wszystkiego, co ma pod ręką wyczarować niesamowite rzeczy. Kiedy tylko ma wolną chwilę i siły, tworzy dzieła sztuki z koralików, wstążek, mulin.

– Lubi też muzykę, film, jak każda nastolatka. Ale przede wszystkim bardzo dużo czyta. Śmiejemy się czasem, że jest molem książkowym – uśmiecha się pani Ewa, mama Beaty. – Sama też próbuje swoich sił w pisaniu. Opowiadania, wiersze. Potrafi pięknie napisać i pięknie przeczytać. Ma cudowny, mocny głos. Kiedy czyta podczas mszy w naszym kościele, proboszcz żartuje, że nie trzeba jej mikrofonu.

Beata uwielbia też zwierzęta. W domu czekają na nią dwa psy. A Beata marzy o trzecim i stara się namówić rodziców, żeby przyjęli pod dach kolejnego zwierzaka. Kolejnego oprócz kotów, których pani Ewa już nawet nie liczy. Ich ogród i stawy odwiedzają zwierzęta z całego okolicy. Wiedzą, że Dżygórowie mają dobre serca i czworonożni goście nigdy nie odchodzą stąd z pustymi pyszczkami.

W szkole Beata radzi sobie doskonale. Jest uczennicą drugiej klasy liceum w Lwówku Śląskim. Kierunek matematyczno-fizyczny. Bo choć zainteresowania Beata ma bardziej artystyczno-humanistyczne, to z edukacją poszła w kierunku przedmiotów ścisłych. I z nauką radzi sobie doskonale. Jej cel do dostać się na politechnikę i zostać inżynierem.

– Koleżanki i koledzy z klasy są w stałym kontakcie i bardzo Beatkę podnoszą na duchu – podkreśla mama, pani Ewa. – To bardzo ważne, że ma takie wsparcie w rówieśnikach. Ważne i potrzebne.

W Przylądku Nadziei Beata oddaje się tworzeniu. Ostatnio zafascynowała się haftem diamentowym. Jedną z prac – przepięknego kota – planuje wystawić na charytatywną aukcję. Ale w klinice znana jest z jeszcze jednej pasji. Do kosmetyków. Bo zna się na nich jak mało kto. A makijaż potrafi zrobić taki, że nawet panie doktor ustawiają się do niej w kolejce!

Od bólu w plecach do kliniki onkologicznej

Jak to się stało, że Beata trafiła do Przylądka Nadziei? Wszystko zaczęło się tuż przed feriami zimowymi. Od niepozornego na pierwszy rzut oka bólu kręgosłupa.

– Któregoś dnia poprosiła mnie, żebym napisała jej zwolnienie z WF-u. Tak bolały ją plecy – opowiada pani Ewa. – Sytuacja się powtórzyła kilka razy, więc w czasie ferii poszliśmy do lekarza. Na prześwietlenie kręgosłupa. Zanim jednak nadszedł termin badania, objawy przeszły.

Wróciły już po feriach. Ale już z większą siłą, bo oprócz bólu pleców widocznie powiększyły się też węzły chłonne na szyi dziewczyny.

– Pojechaliśmy do laryngologa. Obejrzał Beatkę, przepisał antybiotyk, ale powiedział też, żeby zrobić USG szyi – wspomina pani Ewa. – W kolejce na NFZ musielibyśmy czekać bardzo długo, więc pojechaliśmy zrobić badanie prywatnie. Do Lubomierza. Coś nad nami musiało czuwać, że nie czekaliśmy. Zaraz po badaniu pani doktor kazała nam jechać do szpitala w Jeleniej Górze.

Jeszcze tego samego dnia Beata została przyjęta do szpitala. Mama zaczynała już podejrzewać, co jest na rzeczy, choć żaden z lekarzy nie chciał wprost podzielić się swoimi podejrzeniami. W jeleniogórskim szpitalu powtórzone zostały badania. Diagnoza: chłoniak. I błyskawiczna decyzja o wysłaniu pacjentki do Wrocławia.

Lawina powikłań

– Zaatakowana była już klatka piersiowa i nerki. To właśnie nerki trzeba było ratować w pierwszej kolejności – opowiada coraz bardziej łamiącym się głosem pani Ewa. – I dopiero we Wrocławiu lekarze postawili ostateczną diagnozę. Bo okazało się, że to jednak nie chłoniak, tylko ostra białaczka limfoblastyczna.

Od pięciu miesięcy Beata przechodzi bardzo intensywne leczenie. Chemia za chemią, toczenie krwi. Badania. Tak od marca wygląda codzienność piętnastolatki i jej mamy. W tym czasie tylko raz, na tydzień, udało się jej i mamie wyjść do domu. I bardzo szybko musiały wrócić. Powikłania, jakie wywołała choroba okazały się bardzo poważne.

– Pojawiła się padaczka, grzyb płuc, grzyb mózgu… Lekarze nie ukrywają nawet, że to kilka lat leczenia – pani Ewa ma łzy w oczach. – Z chemią jesteśmy już na protokole M. Ale bardzo źle znosi chemioterapię. Dlatego lekarze uznali, że Beatce będzie potrzebny nierefundowany, eksperymentalny lek. Żeby pokonać wreszcie tę okropną chorobę.

Nadzieję daje drogi lek

Izawukonazol – bo tak nazywa się lekarstwo – ma pomóc w pozbyciu się intruza z głowy Beaty. Jedno opakowanie kosztuje jednak ponad 3 tysiące złotych. A już teraz wiadomo, że takich opakowań potrzeba będzie co najmniej ośmiu. I to tylko na początek.

Zarówno Beata i jej mama objęte są opieką psycholożek z projektu Klinika Mentalna. Fundacja “Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową” zadeklarowała pomoc w zdobyciu leku, żeby rodzice nie musieli płacić za niego z własnej kieszeni. Właśnie wystartowała zbiórka pieniędzy, która pozwoli kupić lek dla Beaty na cały okres terapii.



Pomoc organizują też znajomi, szkoła, mieszkańcy wsi Rzęsiny i miejscowa parafia. Wszyscy wspierają jak mogą i mocno trzymają kciuki za Beatę. Żeby jak najszybciej pokonała chorobę i do nich wróciła. Do znajomych, do przyjaciół, do szkoły. I do domu.

 

Pomóż dzieciom chorym na raka!

Fundacja „Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową” Ślężna 114s/1, 53-111 Wrocław

Pomaganie jest tak proste!

Masz realny wpływ na życie naszych Podopiecznych!
Przylądek Nadziei wpłaty

25zł

Wpłacam

50zł

Wpłacam

100zł

Wpłacam

Wpłata od serca

Wpłacam

Dzięki Tobie możemy działać!