Pomagam i wpłacam

Emilka, mistrzyni puzzli i kolorowanek, chce szybko rozprawić się z rakiem

26 września 2019

Lekarze myśleli, że ból plecków małej Emilki spowodowany jest nadwyrężeniem mięśnia. Okazało się, że sprawcą cierpienia jest duży guz, który zajmuje aż połowę klatki piersiowej dziewczynki. Niestety, dopóki nowotwór się nie zmniejszy, nie można go bezpiecznie usunąć. Liczy się każdy centymetr. Im mniej ich będzie tym większa szansa na udaną operację.

 

4-letnia Emilia Wójcik mieszka w Radeczu, niedaleko Brzegu Dolnego. Jest pogodna, radosna i uśmiechnięta. Uwielbia oglądać bajki i jest fanką „Krainy Lodu”. Jak na małego przedszkolaka przystało, chętnie bawi się z dziećmi, układa puzzle i koloruje.

W lipcu tego roku dziewczynka zaczęła gorączkować, więc mama podawała jej leki przeciwgorączkowe. Wysoka temperatura utrzymywała się kilka dni, więc zmartwiona mama udała się z córką do specjalisty.
– Lekarz nic nie wykrył, bo osłuchowo było w porządku, a gardło było czyste – wspomina pani Iza, mama dziewczynki. – Przepisał jej tylko syrop przeciwwirusowy.

Ból plecków i gorączka początkiem problemów ze zdrowiem

Rodzice zabrali Emilkę nad morze, z nadzieją, że zmiana klimatu dobrze jej zrobi. Podczas wakacji czterolatkę zaczęły boleć plecy, więc mama podała jej antybiotyk.
– Pogoda była w kratkę i byłam pewna, że córkę po prostu przewiało. W nocy nie mogła spać, bardzo płakała, że wszystko ją boli, gorączkowała, a antybiotyk nie pomagał – opowiada mama Emilki. – Po powrocie do domu zostawiliśmy tylko walizki i szybko pojechaliśmy do szpitala przy ul. Fieldorfa we Wrocławiu, ponieważ podejrzewaliśmy atak wyrostka robaczkowego.

Na miejscu rodzice dostali skierowanie do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu.
– Pan doktor nawet nie osłuchał Emilki, nie zaglądnął jej do gardła, tylko zadał jej kilka pytań w stylu „czy bolą Cię dzisiaj plecki bardziej niż wczoraj?”. Była na lekach przeciwbólowych, więc nie wiedziała, czy ją boli, czy nie. Skarżyła się na ból całej prawej strony, a lekarz stwierdził, że to pewnie naciągnięcie mięśnia-wspomina przejęta pani Iza. – Byliśmy przygotowani, zabrałam nawet mocz na badania w nadziei, że specjalista zleci serię badań, a tu nic – ani prześwietlenie pleców, ani USG.

Rodzice wrócili z córką do domu, która cały czas gorączkowała i skarżyła się na ból pod paszką. Mamie nie dawało to spokoju i czuła, że kryje się za tym coś więcej niż naciągnięcie
mięśnia, więc zdecydowała się zrobić badania krwi i moczu. Wyniki okazały się niekorzystne. Pani Iza podejrzewała, że problemem są nerki, więc udała się z dziewczynką prywatnie na USG.

– Okazało się, że problemem nie są nerki, ale górne drogi oddechowe – opowiada mama Emilki. – Lekarz stwierdził, że to, co się dzieje w płucach, to jest coś strasznego i niespotykanego, więc natychmiast skierował nas do szpitala.

Rodzice pojechali prosto do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego. Tam specjaliści przeprowadzili prześwietlenie klatki piersiowej czterolatki, które pokazało zapalenie płuc z płynem w opłucnej. Na drugi dzień dziewczynka została przewieziona do Dolnośląskiego Szpitala Specjalistycznego w celu założenia drenażu i ściągnięcia płynu z opłucnej.

Guz, który zajmuje połowę klatki piersiowej

– Emilka dobrze przeszła zabieg, aczkolwiek bardzo ją bolał – wspomina Pani Iza. –
Na drugi dzień podczas kontrolnych badań klatki lekarz stwierdził, że nie widać płuca i trzeba zrobić tomografię komputerową, aby sprawdzić, czy nie żadnych zmian nowotworowych. Okazało się, że jest guz, który zajmuje połowę klatki piersiowej i ma aż 10 cm x 16 cm.

– Na ten moment nie można nic zrobić. Doktor powiedział, że musimy zadecydować, czy trafiamy do Przylądka Nadziei w celu podania chemii ogólnej, która docelowo zmniejszy guza (choć nie ma gwarancji), czy podpisujemy dokument, że zgadzamy się na otwarcie klatki piersiowej, co może skończyć się zgonem na miejscu – wspomina mama Emilki. – Wybraliśmy walkę i przyjechaliśmy do Przylądka.

Dziewczynka przeszła chemioterapię ogólną, która nie zmniejszyła guza, lecz spowodowała, że zmiana powiększyła się o 1 centymetr. Rodzice udali się do szpitala przy ul. Fieldorfa, gdzie usłyszeli od profesora, że w dalszym przypadku nie zgadza się na otwarcie klatki piersiowej i pobrania wycinka guza.

– Lekarz nie zgodził się również na założenie broviaca, ponieważ jest to zbyt niebezpieczne. Przystał jednak na wykonanie biopsji grubą igłą, gdzie to również wiąże się z ogromnym ryzykiem – opowiada Pani Iza. – Powiedział, żebyśmy byli dobrej myśli.

Zabieg biopsji trwał bardzo krótko i na szczęście nie doszło do krwotoku. Specjaliści pobrali materiał do badania histopatologicznego. Wyniki badań były jednoznaczne – nowotwór złośliwy. 12 września Emilka przyjechała do Przylądka Nadziei, gdzie rozpoczęła agresywniejszą chemioterapię.

Walka o zmniejszenie guza

– Córka ogólnie leczenie przeszła dobrze. Jedynie drugiego dnia od podania chemii nastąpił kryzys. Opadła z sił, zrobiła się blada, spadła hemoglobina. Następnego dnia miała przetaczaną krew i na razie wszystko jest dobrze – mówi mama czterolatki. – Lekarze cały czas mówią, że nie widać po niej choroby. Przy tej wielkości guza Emilka powinna mieć kaszel, duszności, a takich objawów nie ma i nie miała. Zdradziła nas jedynie gorączka.

Specjaliści dążą do zmniejszenia guza na tyle, aby można było bezpiecznie pobrać jego wycinek do dokładniejszych badań, które pokażą jakiego rodzaju guza ma Emilka. 8 listopada jest zaplanowana tomografia komputerowa, która pokaże, czy zmiana faktycznie się zmniejszyła. W międzyczasie lekarze planują zrobić prześwietlenie klatki piersiowej, aby sprawdzić, jak guz reaguje na leczenie. Dziewczynkę czekają jeszcze 3 cykle chemioterapii.

– Kilka dni temu otrzymaliśmy wyniki badanie PET, które wykluczają jakiekolwiek przerzuty. Nie ma żadnych podejrzanych ognisk, więc jesteśmy szczęśliwi – opowiada pani Iza. – Na razie walczymy z niską hemoglobiną.

Emilka ma dziewięcioletniego brata Filipa, który bardzo tęskni za siostrą. Mają kontakt jedynie telefoniczny ze względu na ryzyko zarażenia bakteriami, które są dla niej niebezpieczne.

– Staramy się unikać odwiedzin. Jedynie kto przyjeżdża, to tato Emilki i czasami babcia, która jest olbrzymim wsparciem, dopytuje lekarza o wyniki, plan leczenia i trzyma rękę na pulsie – mówi mama dziewczynki. – Ja jestem cały czas w szpitalu. Mąż raz w tygodniu zmienia mnie, abym mogła pojechać do synka. Filip bardzo za mną tęskni, ale tłumaczymy mu, że siostrzyczka jest bardzo chora i zostanie przez chwilę w szpitalu.

Czterolatka szybko zaaklimatyzowała się w Przylądku Nadziei. Lubi bawić się z dziećmi, układać puzzle i kolorować.

– Dopóki nie miała bakterii, chodziliśmy do akwarium, na zajęcia do Pani Danielki, które uwielbia. Teraz musimy siedzieć w pokoju, więc próbuję zorganizować jej różne zabawy, aby się nie nudziła – opowiada pani Iza. – Układamy puzzle, kolorujemy i oglądamy bajki.

Dziewczynka ma wkłucie centralne, z którym czuje się bezpiecznie. Inaczej było w przypadku wenflonu. Emilka miała często pobieraną krew, co spowodowało, że na całych rączkach miała blizny i rany od kłucia.

– Każda narkoza jest dla niej niebezpieczna, więc badania są przeprowadzane bez uśpienia. Nawet tomografie udaje się zrobić bez narkozy i ładnie wytrzymuje – mówi mama czterolatki. – Jest dzielna i dostaje za to nagrodę w postaci jednej czekoladki. Mamy nadzieję, że już niedługo guz zmniejszy się na tyle, że będzie można go usunąć i wrócimy do domu.

 

Pomóż dzieciom chorym na raka!

Fundacja „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową” Ślężna 114s/1, 53-111 Wrocław

Pomaganie jest tak proste!

Masz realny wpływ na życie naszych Podopiecznych!
Przylądek Nadziei wpłaty

50zł

Wpłacam

100zł

Wpłacam

Wpłata od serca

Wpłacam

Wspieraj systematycznie

Wpłacam

Dzięki Tobie możemy działać!

Pomagam i wpłacam