Karolinka straci oczko, żeby ratować życie. To przez raka, który obudził się po sześciu latach

25 czerwca 2018

Siatkówczak znów zaatakował Karolinkę! Po sześciu latach spokoju, dziewczynka musi mieć usunięte oczko, bo tylko w ten sposób będzie można ratować jej życie. Rodzice często mówią o swoich dzieciach, że są ich oczkiem w głowie. W przypadku Karolinki powiedzenie to nabiera zupełnie innego sensu. Znacznie głębszego. Naznaczonego bólem i strachem tak ogromnym, że ciężko go sobie wyobrazić. I miłością, której zmierzyć się nie da.

Karolinka Szakiel walczy od urodzenia. I nie jest to przesada. Już w pierwszym tygodniu jej życia rodzice niepokoili się tym, że dziewczynka nie otwiera oczek. Ale strach ścisnął ich za gardło wtedy, gdy uświadomili sobie, że gdy już je otwierała, był w nich dziwny, biały odblask.  Czujność rodziców sprawiła, że błyskawicznie poznali dramatyczną diagnozę.

Do pierwszego szpitala trafiliśmy jednak z powodu wysokiej gorączki. Lekarze podejrzewali bakterię w pęcherzu moczowym – wspomina mama Karolinki, pani Ela. – Przy przyjęciu na oddział, zaznaczyliśmy jednak, że widzimy biały odblask w oczku.

Złowieszczy odblask

Od tego momentu wszystko szybko się potoczyło. Dziewczynka została skierowana na specjalistyczne konsultacje, na których po raz pierwszy usłyszeli, z jakim wrogiem przyjdzie się im zmierzyć. Retinoblastoma – złośliwy nowotwór znany jako siatkówczak. Karolinka miała wtedy cztery tygodnie, a jej rodzicom załamał się cały świat. Usłyszeli, że mają szukać pomocy w Krakowie, w jednym z dwóch ośrodków w Polsce, które leczą dzieci z tym rakiem. Błyskawicznie się spakowali, a gdy gnali z rodzinnego Wrocławia do Krakowa, w myślach modlili się, żeby następne badania wykluczyły tę przerażającą diagnozę. Rezonans głowy i oczodołów, punkcja, scyntygrafia kości, pobranie materiału do badań DNA, prześwietlenie klatki piersiowej. A w tym wszystkim ich maleńka Kruszynka, która jeszcze nie zaczęła swojego życia, a już musiała o nie walczyć. Krakowscy lekarze nie pozostawili złudzeń. Ich przeciwnikiem jest retinoblastoma i to V stadium. Guz w maleńkim oczku Karolinki miał wtedy 15x11x15 mm.

Te pierwsze dni w szpitalu były okropne. Widziałam na korytarzu, że ludzie się śmieją i  rozmawiają, a za drzwiami pokoju toczy się walka o życie. Nie potrafiłam zrozumieć, zazdrościłam im. Szybko jednak zrozumiałam, że to jedyna droga do tego, by nie zwariować w miejscu, w którym o swoje życie grają ze śmiercią maleńkie dzieci – wspomina ze łzami w oczach pani Ela Szakiel, mama Karolinki.

Onkologiczna rodzina

Za drzwiami onkologii dziecięcej tworzy się rodzina. Tu każdy rozumie, co przeżywa matka, gdy jej dziecko cierpi po kolejnej chemii. Wszyscy wspierają się w tych najgorszych momentach. Ta rodzina czasem ratuje życie i mamie, i dziecku. Zwłaszcza, gdy przychodzą chwile największego załamania.

Ja długo nie chciałam nikogo dopuszczać do siebie – nie potrafiłam, nie umiałam i nie chciałam opowiadać o tym wszystkim, o bólu, o cierpieniu – wspomina mama Karolinki. A tych emocji nie brakowało, gdy rozpoczęła się walka o życie dziewczynki. Lekarze podali jej łącznie aż 10 cykli chemioterapii. Na początku był problem z wenflonami. Mikroskopijne żyły niemowlęcia zapadały się i pielęgniarki były bezradne – nie mogły się wkłuć w maleńkie ciałko. W końcu lekarze zdecydowali, że trzeba jej operacyjnie założyć wejście centralne, które na stałe ułatwi podawanie wszystkich leków. Pierwsze cykle chemioterapii Karolinka zniosła dzielnie. Ale ostatnie były bardzo trudne – spadki w wartościach, zapalenia płuc, antybiotyki, przetaczanie krwi, osocza.

Ta heroiczna walka zakończyła się lekkim zmniejszeniem guza i jego zwapnieniem. Niestety, w chorym oczku pojawił się krwiak. To zaniepokoiło okulistów z Krakowa i zasugerowali rodzicom, że trzeba będzie Karolince usunąć oczko.

Po tak ciężkiej walce, ta informacja dosłownie zwaliła nas z nóg. Wtedy podjęliśmy decyzję, że skonsultujemy się z kliniką Moorfields Eye Hospital w Londynie. Już po tygodniu byliśmy u profesora Hungerforda, z którym odbyliśmy długą rozmowę. On jako jedyny podarował nam nadzieję, że uda się zachować oczko i wygrać z tym niezwykle podstępnym rakiem – wspomina mama.

Strach jak bumerang

Profesor zdecydował, że nie ma sensu oczka usuwać, bo guz jest zwapniony i nie nie powinno się nic więcej z nim dziać. To jednak nie był koniec walki. Rodzicom wtedy udało się uratować oczko Karolinki, ale przez sześć lat żyli jak na beczce prochu. W ciągłej niepewności, czy rak nie powróci i nie odbierze im ich oczka w głowie – ich Karolinki. Jedynym sposobem na to, by cały czas trzymać rękę na pulsie, były regularne kontrole – najpierw w brytyjskiej, a potem we włoskiej klinice. W przerwach między kontrolnymi wizytami cała rodzina starała się prowadzić normalne życie. Zająć się codziennymi obowiązkami, ale i cieszyć się swoją bliskością.

Mimo upływu tylu lat, strach podczas kolejnego wyjazdu nie zmniejszył się. Za każdym razem jedziemy z nadzieją, ale i ogromnym niepokojem. I tak już chyba będzie zawsze, gdy będziemy przekraczać próg szpitala. Bo wtedy wspomnienia wracają do nas jak bumerang – opowiada pani Ela.

Świat legł w gruzach

Strach odżył na nowo w marcu tego roku. To wtedy lekarka w klinice w Sienie we Włoszech powiedziała, że widzi aktywną część guza. Jej podejrzenia potwierdził wynik rezonansu kontrolnego tydzień temu – wznowa siatkówczaka! Karolince trzeba jak najszybciej usunąć oczko, termin operacji już za kilka dni! Coś, co miało być martwe, miało nigdy się nie obudzić, znów zaatakowało i chce zabić Karolinkę.

Siatkówczak jest nieobliczalny, przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Miało być już dobrze, oczko zostało uratowane, nowotwór pokonany – tak pomyśleliśmy, tak mówili lekarze. Jak to możliwe, że po tylu latach to coś może się rozrastać!? Tykająca bomba niestety wybuchła i teraz tylko możemy zrobić jedno – zgodzić się na amputację oka, by uratować jej życie – płacze pani Ela.

Córeczka jest dla nich najważniejsza, jest sensem ich życia. Gdy powiedziała: “Jestem gotowa na wszystko, wiem, że muszą zabrać mi oczko, żebym mogła być z Wami” rodzice nie potrafili ukryć łez.

Jesteśmy gotowi, musimy działać! Mamy ustalony termin, lekarze chcą działać jak najszybciej, bo rak lada moment może rozprzestrzenić się po kościach, mózgu, potem po całym organizmie. Wtedy nie będzie już kogo ratować – tłumaczy mama Karolinki. – Dzisiaj wiemy na pewno, że guz się rozrasta, idzie w stronę nosa i chowa się pod siatkówką, a do tego jest jeszcze podejrzenie nacieku na nerw wzrokowy. Co to wszystko oznacza? To, że nie mamy już wiele czasu, by uciec przed przerzutami. Amputacja jest konieczna, ale też kosztowna, tak samo jak protezowanie oczka. Dlatego kolejny raz z całego serca prosimy Was o pomoc w ratowaniu życia naszego dziecka. To ono jest najważniejsze…

 

Pomóż dzieciom chorym na raka!

Przelew tradycyjny:
Fundacja „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową”
Ślężna 114s/1, 53-111 Wrocław, Bank Millennium S.A. 97 1160 2202 0000 0000 9394 2103

 

Przekazanie 1% podatku – KRS 0000086210

 

Pomaganie jest tak proste!

Masz realny wpływ na życie naszych Podopiecznych

25 zł

Wpłacam

50 zł

Wpłacam

100 zł

Wpłacam

Wpłata od serca

Wpłacam

Dzięki Tobie możemy działać!

WPŁACAM