Leon to wzorowy pacjent. Ale diagnozą zaskoczył nawet lekarzy

28 sierpnia 2019

Poziom hemoglobiny odpowiadający zaledwie jednej trzeciej normy sugerował niedokrwistość. Do tego stopnia, że wszyscy lekarze byli pewni tej diagnozy. Sytuacja zmieniła się dramatycznie po punkcji szpiku. Ponad 90 procent komórek krwi małego Leona było uszkodzonych. To nie była niedokrwistość, ale białaczka. Tak rozpoczął się wyścig z czasem o zdrowie chłopca.

Leoś Tomiak to wzorowy pacjent. Sam pilnuje, żeby było zmierzone ciśnienie i temperatura. Bierze tabletki, popija je syropem. Mama żartuje, że jak na dwulatka jest prawie samoobsługowy. Jest jedynakiem, oczkiem w głowie pani Weroniki i pana Macieja. I ulubieńcem wszystkich przylądkowych pań. Tym oczom i uśmiechowi mało kto potrafi się oprzeć.

Leoś uwielbia autka. Pod każdą postacią i w każdej formie. Rodzice śmieją się, że Przylądek Nadziei jest monitorowany. Kiedy tylko Leon słyszy samochód podjeżdżający pod szpital, już jest w oknie. I nie odpuści żadnej okazji, żeby usiąść – lub stanąć – za kierownicą.

Leon Tomiak, Przylądek Nadziei

We Wrocławiu nowością dla Leona były tramwaje. Mógłby jeździć nimi bez przerwy. Ale to samochody wciąż są na pierwszym miejscu. Kiedy dorośnie, na pewno zostanie królem szos. Albo rajdowcem.

Wszystko zaczęło się od kropeczki pod okiem, która w ekspresowy sposób urosła kilkukrotnie. Pani doktor w przychodni uznała, że to naczyniak i trzeba go usunąć. Bo może pęknąć i trudno będzie opanować krwawienie.

– Mieszkamy w Wolsztynie. Skierowanie na zabieg dostaliśmy do szpitala w Poznaniu. Przed samym zabiegiem zostały wykonane badania. Pan doktor przyszedł z wynikami i powiedział, że Leon ma lekką niedokrwistość, ale zabieg będzie przeprowadzony. W znieczuleniu ogólnym. I nie ma nic niepokojącego – wspomina pani Weronika, mama Leosia. – Dopiero na wypisie zobaczyliśmy, że hemoglobina jest 6,8 przy normie dwa razy wyższej!

To nie była lekka niedokrwistość. Lekarze ze szpitala uspokajali jednak, że to nic poważnego. Zalecili na wszelki wypadek powtórzyć badania za jakiś czas u lekarza rodzinnego. W międzyczasie Leoś złapał jednak infekcję. Badania musiały poczekać, aż przejdzie katar i kaszel. Leon często budził się w nocy, pocił się i płakał…

Rodzice byli przekonani, że to z powodu ząbkowania. Cztery czwórki jednocześnie musiały dawać się maluchowi we znaki. Powód był jednak zupełnie inny. Kiedy w końcu udało się wykonać badania, już po kilku godzinach pani Weronika odebrała telefon z laboratorium. Mieli natychmiast stawić się w szpitalu. Hemoglobina we krwi Leona spadła do 4,6 – to jedna trzecia normy.

Przy takim wyniku teoretycznie Leon powinien nie móc się ruszać z osłabienia. Tymczasem bawił się, chodził. Nic nie wskazywało, że dzieje się coś niedobrego.

Hematolog, do którego trafili rodzice Leona stwierdził, że zanim cokolwiek będzie można zrobić, chłopca trzeba wyleczyć z kaszlu. Rodzice nie chcieli jednak czekać. Skonsultowali się z innym specjalistą, który kazał natychmiast jechać do Przylądka Nadziei we Wrocławiu.

– Tutaj też wszyscy podejrzewali na początku niedokrwistość normocytarną, czyli taką przy której nie zmienia się wielkość czerwonych krwinek. Punkcja szpiku miała być tylko formalnością, która to potwierdzi. Tymczasem wynik zaskoczył chyba wszystkich. Okazało się, że to białaczka – opowiada pani Weronika. – I to bardzo, bardzo poważna. We krwi Leosia było aż 91% blastów. Czyli uszkodzonych komórek.

Diagnozę rodzice usłyszeli 20 grudnia ubiegłego roku. To był dla nich prawdziwy szok. Nie mieli jednak czasu załamywać rąk, bo mały Leon natychmiast rozpoczął chemioterapię i intensywne leczenie. Wliczając w to przez pierwszy tydzień morfinę i żywienie pozajelitowe.

Po tygodniu Leoś jakby odzyskał siły. Drugi cykl chemii wytrzymał tak dzielnie, że rodzice żartowali, że chyba dostaje wodę zamiast leków, które powinny go osłabiać. Przy trzecim cyklu niestety sprawy się skomplikowały. Osłabiony organizm chłopca złapał sepsę, a Leoś trafił na oddział intensywnej terapii. Przez 16 dni był w śpiączce. W paluszki u nóżek wdała się martwica. Na szczęście, oba te zagrożenia udało się pokonać, ale przez pierwsze pięć miesięcy chłopiec nawet na chwilę nie opuszczał szpitala. Przylądek Nadziei stał się dosłownie jego domem.

A walka z białaczką wymagała kolejnych działań. Odpowiedź szpiku Leosia na chemię nie była wystarczająca. Lekarze zdecydowali więc, że konieczny będzie przeszczep. Zaczęły się poszukiwania dawcy. Niespokrewnionego, bo nikt z rodziny nie był wystarczająco zgodny genetycznie.

Leon Tomiak, Przylądek Nadziei

– Po dwóch miesiącach poszukiwań udało się! Znalazł się dawca! Wiemy o nim tylko tyle, że jest mężczyzną, ma 33 lata i jest z Polski – opowiada pani Weronika. – Przed przeszczepem Leon przyjął jeszcze dwa cykle chemii, czyli w sumie miał ich za sobą już pięć. Przeszczep był 25 lipca. Oprócz lekkiego grafta nie było na szczęście żadnych większych powikłań.

Tyle tylko, że z Leosia zrobił się niejadek. Pewnie dlatego, że musi bardzo restrykcyjnie pilnować diety. Nie wolno mu jeść nabiału, sera, jajek, parówek, surowych owoców i warzyw, soków. A przed chorobą bardzo to wszystko lubił. Na razie przysmakiem Leona są więc chipsy. Ale nie byle jakie. Zdrowe. Zrobione z płatków kukurydzianych i paluszków. Z czasem, na szczęście, na talerzyku Leosia będą mogły pojawiać się inne, zakazane dzisiaj przysmaki.

Cała rodzina czeka już teraz na wyjście do domu. 13 września Leoś skończy dwa lata. Powrót do domu byłby i dla niego i dla rodziców najlepszym urodzinowym prezentem, jaki mogliby sobie wymarzyć.

 

Pomóż dzieciom chorym na raka!

Fundacja „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową” Ślężna 114s/1, 53-111 Wrocław

Pomaganie jest tak proste!

Masz realny wpływ na życie naszych Podopiecznych!
Przylądek Nadziei wpłaty

25zł

Wpłacam

50zł

Wpłacam

100zł

Wpłacam

Wpłata od serca

Wpłacam

Dzięki Tobie możemy działać!