Mała Mia walczy z białaczką

6 czerwca 2018

Maleńka dziewczynka, miłośniczka Muminków i lalki Małej Mi, którą zawsze ma ze sobą. Roześmiana blondyneczka, która teraz musi porzucić znany sobie spokojny, bezpieczny świat i zmierzyć się z rakiem. Razem z nią na wojnę wyrusza armia pomocników z całego świata.

31.12.2014 o godz. 06:10 wraz z nadchodzącym Nowym Rokiem na świat przyszła Maryja Majcher. Jej mama jest Finką, a tato Polakiem, a tak symboliczne imię nie było przypadkiem. Maleńka dziewczynka urodziła się dokładnie w tym samym dniu, i w tej samej godzinie, co zmarła siostra jej taty.

To było tak znaczące i niewiarygodne, że od razu zrozumieliśmy, że to jakiś znak. I nie mieliśmy wątpliwości, żeby dać naszej córeczce imię po zmarłej cioci. Wierzymy, że ona tam na górze nad nią czuwa – opowiada Emil Majcher, tato dziewczynki.

Marysia, Maryjka, a przede wszystkim Mia. Tak na nią mówi cała rodzina. A ta jest naprawdę liczna – mama, tato, dwie siostry i starszy brat. Maleńka, radosna dziewczynka, której świat na początku kwietnia stanął do góry nogami.

 Trzy miesiące niepewności

Wszystko zaczęło się od już w grudniu 2017 roku. Od lekkiej gorączki i bólu nóżki. Po lekach przeciwbólowych wszystko mijało, ale tydzień po tygodniu dolegliwości wracały. Coraz silniejsze. W końcu ból nóżki zrobił się tak intensywny, ale Mia nie mogła już stanąć na niej. Rodzice cały czas byli w kontakcie z lekarzem ze Szwecji, jeździli na badania, ale ciągle słyszeli, że wszystko jest w porządku. Winę za wszystko lekarz zrzucił na ząbkowanie i to, że Mia szybko teraz rośnie. Potem malutka dziewczynka zaczęła tracić na wadze. Tym razem dowiedzieli się, że za Mia jest chora na rakawszystkimi problemami może stać wirus cytomegalii. Kolejny, niecelny strzał. Wreszcie pojawiły się wybroczyny na skórze – drobne siniaki, pajączki, krwiaki. Wtedy sprawy w swoje ręce wziął tato.

Stwierdziłem, że musimy w końcu poszukać pomocy gdzie indziej. Pojechaliśmy do przychodni w Kudowie. Tam sprawy przybrały zupełnie inny obrót – opowiada pan Emil Majcher.

Po świętach wielkanocnych zrobili wszystkie badania. Wynik zbił wszystkich z nóg. Parametry krwi były tak złe, że laboratorium uznało, że doszło do błędu w pomiarach. Wieczorem zadzwoniła szefowa ośrodka zdrowia z informacją, że następnego dnia z samego rana mają się pilnie zgłosić bezpośrednio do niej. Tam czekało już na nich skierowanie do szpitala w Kłodzku.

 

Jesteśmy rodziną

Po godzinie badań w kłodzkim szpitalu, Maryja i jej mama Satu zostały zabrane karetką do kliniki onkologii dziecięcej we Wrocławiu, do Przylądka Nadziei. Był 4 kwietnia. Tato przyjechał do Wrocławia sam. Czekał w szpitalu na to, aż jego ukochane dziewczyny przywiezie tu ambulans. Pierwsze zderzenie z onkologią dziecięcą było dla niego szokiem. Poszedł na oddział, na który miała zostać przyjęta Marysia. Drzwi otworzył mu rezolutny chłopiec. Spojrzał na niego i zapytał, czy przyjechał w odwiedziny, czy ze swoim chorym dzieckiem.Dziewczynka umierała, gdy przyjechała do kliniki

Odpowiedziałem, że zaraz będzie tu moja córeczka. Ona zapytał tylko: „Pierwszy raz?”. Skinąłem głową, a on uścisnął mi rękę i powiedział, że od dzisiaj jesteśmy wielką rodziną. Uśmiechnął się i od razu powiedział, żebym szedł za nim, to zaprowadzi mnie, gdzie trzeba – opowiada pan Emil Majcher. – To pierwsze spotkanie było niezwykłe. Już w progu kliniki zrozumiałem, jak szybko dojrzewają dzieci, które walczą z rakiem – dodaje.

W Przylądku Nadziei Mia natychmiast dostała płytki i krew. Jeszcze tego samego dnia odbyła się punkcja szpiku, która miała pokazać, z jaką chorobą przyjdzie walczyć małej dziewczynce. To badanie jest robione pod narkozą. Rodzice zostali poproszeni o poczekanie przed drzwiami gabinetu zabiegowego. Po paru minutach zrobił się ogromny ruch i zapanowała wszędzie nerwowość. Zbiegli się lekarze i pielęgniarki. Okazało się, że dziewczynka przestała oddychać. Została zaintubowana i natychmiast przewieziona na odział intensywnej terapii.

Walka o każdy oddech

To były straszne chwile. Kilka dni wcześniej Marysia bawiła się w ogrodzie, a teraz była na granicy śmierci.

Nie wiedziałem, że można się tak strasznie bać. Do szpiku kości. Przez pięć godzin nie mogliśmy zobaczyć naszej córeczki, bo lekarze walczyli o jej życie. Moja żona osiwiała w dwie godziny…– wspomina tato dziewczynki.

Gdy w końcu dostali zgodę na wejście do Marysi, przeżyli kolejny szok. Maleńka dziewczynka leżała wśród plątaniny kabli i rurek. Gdy przyjechała do szpitala ważyła 9 kilogramów. Po tym wszystkich zabiegach związanych z Mała dziewczynka przestała oddychaćratowaniem jej życia była bardzo opuchnięta. Nabrała niemal pięć kilogramów. Rodzice poznali ją tylko po ubranku. Natychmiast zadzwonili po księdza. Wiedzieli, że to jest moment, żeby ochrzcić córeczkę. Po krótkiej wizycie musieli opuścić oddział, żeby dać odpocząć córeczce. Nie zostało im nic więcej poza modlitwą i wiarą, że lekarze zrobią wszystko, żeby uratować ich dziecko. I stał się upragniony cud. Po godzinie dostali, że mogą wracać na intensywną terapię, bo ich córeczka się wybudziła.

Ja zwykle jestem twardy, ale wtedy załamałem się. Dopiero w tej chwili dotarło do mnie, że mogliśmy stracić Mię. Płakałem jak dziecko… – opowiada pan Emil.

Następnego dnia okazało się, że Maryjka tak szybko nabiera sił, że może wrócić do szpitala, w którym będzie mogła stoczyć następną batalię o swoje życie – do kliniki onkologii dziecięcej. Bo zwycięstwo na intensywnej terapii nie oznaczało końca, a dopiero początek ciężkiej walki. W Przylądku Nadziei zaczęła się kuracja sterydami i antybiotykami, a gdy punkcja szpiku potwierdziła diagnozę ostrej białaczki limfoblastycznej, lekarze wytoczyli najcięższe działa – chemioterapię.

Jest bardzo ciężko

Standardowe leczenie niestety nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Po trzech tygodniach okazało się, że liczba komórek nowotworowych nie spadła tak, jak oczekiwali tego lekarze. Natychmiast podjęli decyzję o zmianie terapii – teraz Mia dostaje znacznie agresywniejszą chemię. Jest bardzo ciężko – dziewczynka boryka się z mnóstwem skutków ubocznych. Ale wszyscy gorąco wierzą, że nowa chemioterapia pomoże. Rodzice na zmianę są przy Marysi – kursują między kliniką, a domem, w którym czekają na nich dwie maleńkie córeczki, siostry Marysi. Całe ich życieMia walczy z rakiem i jest w ciężkim stanie stanęło na głowie i teraz od nowa muszą wszystko zorganizować. Na szczęście wokół nich jest mnóstwo ludzi, którzy chcą pomagać. Dzwonią, piszą, organizują festyny. Wszędzie pełna gotowość i chęć pomocy. Ulżenia w troskach i problemach rodzinie, która stanęła przed gigantycznym problemem.

Codziennie koncentrujemy się na bieżących sprawach – lekach, zakupach, opiece nad dziewczynkami. Takie tempo sprawia, że czasem nie przyjmuję do wiadomości, że Marysia jest aż tak bardzo chora. Przemyka mi przez głowę myśl, że może ta pomoc jest aż za duża. I dopiero to ogromne zainteresowanie uświadamia mi, jak poważna jest sytuacja – tłumaczy tato Marysi.

Koszty leczenia już teraz są ogromne. Częsta zmiana pampersów – właściwie co godzinę. Specjalne środki higieniczne, które zużywają się w błyskawicznym trybie. Specjalne szczoteczki i pasty do zębów. Kosztowne jogurty z dużą zawartością protein i białka. Dojazdy do córeczki do szpitala. Można wymieniać jeszcze długo. A sytuacja finansowa całej rodziny jest bardzo trudna. Mama zajmowała się dziećmi i całą rodzinę utrzymywał pan Emil. Jego firma realizowała wielkie inwestycje, ogromne projekty budowlane w całej Skandynawii. Trzy z nich miał zacząć 6 kwietnia. Dwa dni wcześniej jego umierająca córeczka trafiła do kliniki onkologii dziecięcej. Nie miał wyjścia – nie mógł wyjechać do Szwecji i zostawić żony i Mii bez opieki. Zlecenia przepadły, a o kolejne starać się nie da, bo przecież cały czas oboje rodzice są przy swoich małych córeczkach.

Wsparcie z całego świata

Pomaga im to, że wokół siebie mają całą armię życzliwych ludzi. Bardzo ważne są gesty wsparcia i otuchy, które płyną do nich z całego świata. Znajomi ze Sztokholmu zorganizowali wielką akcję wysyłania przez dzieci kartek pocztowych z życzeniami dla Marysi.

Dziewczynka potrzebuje pomocy w walce z rakiemPrzychodzi do nas ich cała masa. Starsza córka jest mocno zaangażowana w ich sortowanie i przygotowanie dla Marysi. Cieszy się, że też może pomóc swojej siostrzyczce – opowiada pan Emil. Bo dziewczynki bardzo za sobą tęsknią
i chyba też nie do końca rozumieją, dlaczego spotkała je taka rozłąka. Maya ma cztery lata, a Abigail rok i cztery miesiące – obie malutkie i bezbronne w sytuacji, która i ich życie wywróciła do góry nogami.  Dlatego rodzice starają się robić wszystko, żeby umożliwić im kontakt.

Mia po dwóch tygodniach pobytu w klinice wpadła nam w depresję. Była osowiała, nie miała apetytu. Nic jej nie cieszyło. Wtedy postanowiliśmy, że w weekend koniecznie musimy przywieźć do niej siostry. Lekarze przyklasnęli naszemu pomysłowi i po takim podładowaniu baterii Mia zaczęła jeść i raz nawet zatańczyła – opowiada tato dziewczynki. I otwarcie mówi, że całą rodziną zrobią wszystko, żeby wyrwać Marysię z rąk tej okrutnej choroby.

Każda pozytywna energia jest dla nas potężnym bodźcem do dalszego leczenia i walki o życie naszej córeczki. Za wszelką pomoc serdecznie dziękujemy. Również prosimy o modlitwę za nas i Marysie – apeluje tato dziewczynki.

Pomóż dzieciom chorym na raka!

Przelew tradycyjny:
Fundacja „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową”
Ślężna 114s/1, 53-111 Wrocław, Bank Millennium S.A. 97 1160 2202 0000 0000 9394 2103
Przekazanie 1% podatku – KRS 0000086210

 

Pomaganie jest tak proste!

Masz realny wpływ na życie naszych Podopiecznych

25 zł

Wpłacam

50 zł

Wpłacam

100 zł

Wpłacam

Wpłata od serca

Wpłacam

Dzięki Tobie możemy działać!

WPŁACAM