Pomagam i wpłacam

Tymek zmaga się z rakiem o oczko

5 marca 2018

Dla trzyletniego Tymka i jego rodziny ostatnie święta Bożego Narodzenia okazały się największym koszmarem, jaki można sobie wyobrazić. Nie było prezentów, uśmiechu i świątecznych potraw. Przyszedł rak, który chce zabrać małego Tymka i litry chemii, która z nim miała walczyć. Niestety. W Polsce lekarze nie dawali chłopczykowi szans na uratowanie oka. Chcieli je usunąć. Nadzieję na to, że Tymek będzie widział, a co najważniejsze – ŻYŁ, dał im doktor Abramson w Stanach Zjednoczonych. Na opracowane przez niego leczenie potrzeba dziś 400 tysięcy złotych.

Tymek lubi się wygłupiać i biegać boso po podwórku. Ma 3 lata, niespożyte pokłady energii i dobrego humoru. Ma 10-letnią siostrę Otylkę, która uczy go miłości do muzyki współczesnej i tańca. Ma tysiąc pomysłów na psoty i ma … siatkówczaka, złośliwego raka oka. Nie widzi na lewe oczko.

„Biega, krzyczy Pan Hilary: gdzie są moje okulary…” To, że jest to ulubiony wierszyk małego Tymusia Szczykowskiego, jego mama uświadomiła sobie dopiero, gdy była z nim na oddziale onkologii i czekała na ostateczną diagnozę.

Prosił co wieczór od kilku miesięcy, żeby czytać mu go na dobranoc. Dlaczego ten wiersz? Czy on czuł, że jemu też potrzebne są okulary? Jak długo nie widzi na lewe oczko?  Czy coś przegapiliśmy?  – w głowie pani Ani Szczykowskiej, mamy Tymka kłębiło się milion pytań.  W tym te najważniejsze. Czy jego historia też zakończy się szczęśliwie?  Jak i gdzie go leczyć?

Rak wywrócił życie do góry nogami

Wszystko zaczęło się od białego odblasku w oku. Małej plamki, którą było widać tylko pod pewnym kątem. Jego rodzicom nie dawało to spokoju, więc umówili się do okulisty. W noc poprzedzającą wizytę Tymek źle się czuł, wymiotował. Nie poszli do lekarza, ale przesunęli wizytę na najbliższy możliwy termin.

Tymek walczy z rakiem

Starałam się wtedy uspokajać samą siebie. Myślałam nawet, żeby odpuścić tą wizytę, bo przecież niedawno Tymka oglądał neurolog i nie zauważył nic niepokojącego. Zastanawiałam się, czy nie poczekać do sierpnia, czyli wtedy, kiedy mogłaby nas planowo przyjąć okulistka, do której na początku chcieliśmy trafić – wspomina pani Ania Szczykowska. Matczyna intuicja podpowiedziała jej jednak, że odblask w oczku Tymka trzeba  sprawdzić.

Wtedy myślałam tylko o tym, żeby tylko to nie była zaćma… Pierwsze złe przeczucia naszły mnie już w samej przychodni. Czekaliśmy tylko na wejście do gabinetu, gdy poczułam, że za chwilę może wydarzyć się coś, co zmieni całe nasze życie – wspomina pani Ania ze łzami w oczach.

Pani doktor nie miała wątpliwości, to nie zaćma. Potem przyznała się, że gdy tylko Tymek wszedł do gabinetu, zauważyła pierwsze niepokojące objawy. Przebadała chłopca. A potem poprosiła o konsultację bardziej doświadczoną lekarkę. To wtedy pierwszy raz padła wstępna diagnoza – siatkówczak, złośliwy nowotwór oka. Występuje tylko u małych dzieci.

Z jednej strony życie się zawaliło, z drugiej strony wszystko nabrało ogromnego tempa. Pani doktor od razu umówiła nas w Centrum Zdrowia Dziecka.  W ciągu godziny spakowaliśmy się i wyjechaliśmy do Warszawy. Wieczorem już byliśmy w klinice – opowiada mama Tymka.

Siatkówczak chce zabrać oczko

Tymek walczy z rakiem

Następnego dnia narkoza, badanie dna oka i pierwsza straszliwa informacja: złośliwy nowotwór oka 4-tego stopnia. Już wtedy lekarze zaczęli mówić o tym, że być może trzeba będzie usunąć oko, że być może są jakieś przerzuty.

Byliśmy wtedy na oddziale okulistycznym. Patrzyłam na inne dzieci i zazdrościłam ich rodzicom, że przyjechali tu na przykład na korektę zeza, a ja z moim synkiem będziemy musieli zmierzyć się z rakiem – opowiada pani Ania.

Kolejne dni to karuzela badań. Rezonans, pobieranie płynu rdzeniowo-mózgowego i szpiku. W końcu przenosiny na oddział onkologii. I ta ciągła huśtawka nastrojów – nadzieja i ogromny strach.

Czekaliśmy na wyniki i na ustalenie sposobu leczenia. Na początku była decyzja o 6 chemiach ogólnych, a ja w ciszy liczyłam na leczenie chemią celowaną do oka. Potem przyszły wyniki rezonansu i badania płynu rdzeniowego, które pokazały, że nie ma przerzutów. Wtedy byłam szczęśliwa, że będzie chemia bezpośrednia – opowiada mama Tymka.

Jednak po kilku dniach okazało się, że nie da się uniknąć chemii ogólnej. Wszystko przez to, że złośliwy guz wyszedł już poza oczko i nacieka na mięśnie wokół niego. I znów poważne miny lekarzy i suche komunikaty. Najpierw chemia ogólna – sześć w odstępach co 3 tygodnie, a potem?  „Potem zobaczymy”. I słowa, których bali się najbardziej od początku. „Nie wiadomo, czy uda nam się uratować oko”.

 

Przez moją głowę przewijają się miliony pytań. Inni rodzice dzieci z siatkówczakiem chętnie pomagają nam w radzeniu sobie z wszystkimi zagadnieniami. Jednak decyzję musimy podjąć my sami. Ja znam się na rozliczaniu dokumentów magazynowych, a mój mąż na geodezji. My naprawdę nie wiemy, jak leczy się raka! Dlaczego musimy decydować o sprawach, które rzutują na to, czy nasz ukochany Synek, na którego tak długo czekaliśmy, będzie miał oko, czy nie daj Boże… – zawiesza głos mama chłopczyka.

Żeby Tymuś widział

W lutym rodzice usłyszeli, że chemioterapia działa, ale… oczko i tak trzeba usunąć.  W Polsce lekarze są już bezradni.

Przegadaliśmy kilka dni i nocy, konsultowaliśmy się z lekarzami i z innymi rodzicami. Wieczorami, gdy Tymek zasypia, dzwonię i przez łzy rozmawiam z najbliższymi osobami. Do tej pory leczyliśmy synka zgodnie z protokołem zaproponowanym przez polskich lekarzy. Ale teraz usłyszeliśmy, że poza usunięciem oka, nie mogą dla nas zrobić nic więcej – tłumaczy mama chłopca.

Rodzice postanowili od razu działać. Całą dokumentację medyczną Tymka przetłumaczyli i wysłali do USA, do najlepszej kliniki na świecie, do doktora Abramsona, który uratował oczka tysięcy dzieci. Od amerykańskich lekarzy dostali zielone światło.

Tam specjaliści powiedzieli nie tylko to, że będą walczyć o uratowanie oczka Tymka, ale widzą również szansę na to, żeby synek widział na to chore oczko – wyjaśnia pani Ania, mama Tymka.

Doktor Abramson zgodził się leczyć Tymka. Ale na przeszkodzie stoją pieniądze. Ogromne pieniądze. Koszt terapii za oceanem wyniesie ponad 600 tysięcy zlotych.

Cała rodzina wierzy, że Tymek rozprawi się z rakiem. Jak na prawdziwego wojownika przystało, nadali mu już nawet odpowiednią ksywkę i mówią na niego TurboTymek. Bo dla takiego bohatera nie ma przeszkód nie do pokonania. Musi iść do przodu po zwycięstwo.

Wierzę, że ludzie zechcą nam pomóc dopisać szczęśliwe zakończenie do naszej historii. W ulubionym wierszyku Tymka Pan Hilary zawołał o swoich okularach na nosie: „są, znalazły się!”. Mam nadzieję, że Tymek tak samo głośno zawoła kiedyś „Mamusiu, ja Cię widzę!” – opowiada o swoich marzeniach pani Ania.

 

Pomóż dzieciom chorym na raka!

Fundacja „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową” Ślężna 114s/1, 53-111 Wrocław

Pomaganie jest tak proste!

Masz realny wpływ na życie naszych Podopiecznych!
Przylądek Nadziei wpłaty

50zł

Wpłacam

100zł

Wpłacam

Wpłata od serca

Wpłacam

Wspieraj systematycznie

Wpłacam

Dzięki Tobie możemy działać!

Pomagam i wpłacam