Wiktor, który zwycięża

3 lutego 2017

Może z powodu agresywnego leczenia będę najniższy w klasie? Może w powodu ropowicy rączki nie dane mi będzie zostać chirurgiem? Może z powodu chemioterapii nie będę miał dzieci?  A może przerosnę Marcina Gortata, zastąpię dr Szczyta w TVN-ie, a dzieci będę miał więcej niż Angelina Jolie, Brad Pitt i Beckhamowie razem wzięci?!  Nieważne. Ważne, że chcę żyć. I żyć będę!

To słowa mamy dwuletniego Wiktorka. Pani Agata Lizoń pisze blog w imieniu synka, który w swoim życiu przeszedł więcej niż niejeden dorosły. Swoją siłą i hartem ducha nieraz zaskoczył nie tylko rodziców, ale i lekarzy, którzy przecierali oczy ze zdumienia, gdy widzieli, że kilkumiesięczny maluch wychodzi obronną ręką z najtrudniejszych i najbardziej beznadziejnych sytuacji. I gdyby tylko pogoda ducha i ogromne pokłady optymizmu najbliższych mogły wystarczyć za lek, to Wiktor już dawno powinien być zdrowy. Niestety życie czasem dyktuje okrutne scenariusze i każe nieustannie stawać do walki z białaczką.

Godziny na wagę życia

A wszystko zaczyna się w grudniu 2014 roku. Wiktor ma trzy miesiące, gdy co rusz zmaga się z zapaleniem oskrzeli. Leki i inhalacje nie pomagają, a maluch staje się coraz bardziej marudny. W nocy budzi się co godzinę i płacze wniebogłosy. W końcu trafia do szpitala. I wtedy wszystko zaczyna się toczyć błyskawicznie. Jest 27 grudnia 2014 roku. Rodzice datę pamiętają dokładnie, bo przecież trudno wymazać z pamięci dzień, w którym cały ich mały świat legł w gruzach. Gdy na sygnale pędzą z rodzinnego Głogowa do kliniki onkologicznej we Wrocławiu, nie wiedzą też, że liczy się każda godzina. Lekarze nie tracą chwili, bo trzeba działać szybko. Poziom leukocytów we krwi wynosi ponad 700 tysięcy. Norma to 20 tysięcy. Przekroczona 35 razy! Na pytanie o rokowania rodzice słyszą, że syn może nie dożyć do końca roku. Mały Wiktor zaczyna walkę o życie.

Pod górkę

Najpierw jest niezwykle ciężka chemia, która pustoszy organizm chłopca. To równia pochyła, bo Wiktor walczy, ale jest bardzo mały i delikatny. I chemioterapia rozpoczyna cały łańcuch powikłań. Najpierw przestają pracować jelitka. Potem przychodzi sepsa i wylew krwi do mózgu. Wreszcie niewydolność oddechowa, która sprawia, że przez miesiąc chłopczyk jest podpięty do specjalistycznego respiratora, który powoduje drgania całego ciała i w ten sposób lepiej dotlenia każdą komórkę. Oddycha za niego tylko maszyna. W końcu przychodzi najpoważniejszy kryzys. Niewydolność krążeniowa. Najpierw serce bije jak szalone, a chwilę później tętno drastycznie spada. Lekarze wyganiają mamę Wiktorka z sali.

Usłyszałam wtedy najgorsze słowa: „Nic dobrego nie mogę pani powiedzieć. To już czwarty raz dzisiaj. Serce tak długo nie pociągnie. Pani syn jest umierający.” – opowiada ze smutkiem pani Agata. Lekarze dają mu 1% szans na przeżycie, ale jeszcze nie znają siły Wiktorka. Dwunastoma pompami infuzyjnymi tłoczą w niego mnóstwo różnych lekarstw. I w końcu udaje się. Kiedy kilka miesięcy później kardiolog go bada, nie wierzy, że tyle przeszedł. Bo serce bije jak dzwon.

Wychodzi obronną ręką

Ale opanowanie kłopotów z krążeniem wcale nie kończy problemów uroczego malucha. Przestają pracować jego nerki, a lekarze decydują, żeby go podłączyć do sztucznej nerki. To bardzo ryzykowne posunięcie. Niemowlakom się tego nie robi. Ale mały Zwycięzca i z tym sobie radzi. I po kilkunastu dniach dializy, wszystko wraca do formy. Potem przyplątuje się ropień płuca, który u takiego małego dziecka jest śmiertelnym zagrożeniem. Po długich wahaniach lekarze decydują się na operację i usunięcie części płuca. Jakby tego było mało, to pojawiają się też kłopoty z rączką. Puchnie z każdym dniem i robi się prawi fioletowa. Ogromny ropień sprawia, że znów musza interweniować chirurdzy. Rozcinają rączkę wzdłuż, a rana pozostaje otwarta przez wiele dni. Lekarze nie wiedzą, czy Wiktorek będzie ruszał rączką. On jednak zadziwia po raz kolejny.

Zresztą, jedna ręka wystarczy by zdobyć biegun, wspiąć się na Kilimandżaro czy napić się głupiego piwa. A on rączki ma dwie. Z tym, że jedna będzie trochę ograniczona ruchowo. Ot, wielkie mi halo – opowiada z niezwykłą siłą w głosie pani Agata, mama Wiktorka. I dodaje: Nie ma co narzekać, trzeba działać. Narzekanie jest cechą ludzi słabych.

Kolejna walka

Więc starają się zbytnio nie narzekać, gdy Wiktor przechodzi bardzo trudny przeszczep szpiku i wyniszczającą megachemię, która go poprzedza. A ból jest ogromny i mimo ostrzeżeń nie da się na niego przygotować. Starają się nie narzekać, gdy do pozbawionego odporności organizmu przyplątują się kolejne wirusy i bakterie i na całe tygodnie zatrzymują ich w szpitalnym łóżku. Po niemal roku takich bardzo ciężkich zmagań widzą światełko w tunelu i wierzą, że teraz jeszcze przed nimi leczenie podtrzymujące i rehabilitacja. Ufają, że najtrudniejsze mają za sobą. Jest jednak takie słowo na literkę „W”, które onkopacjenci ciągle gdzieś z tylu głowy mają, ale boją się je wypowiedzieć głośno. Nawet wtedy, gdy jest dobrze. Bo nigdy nie wiadomo, ile to „dobrze” będzie trwało. To słowo to: wznowa.

Niestety, po kilku tygodniach spokoju i takiej nadziei, że teraz będzie już tylko lepiej, podczas serii badań roku okazuje się, że białaczka znów zaatakowała. Dla całej rodziny jest to cios. Boją się ogromnie, bo wiedzą, że wznowy nowotworów są zawsze trudniejsze do leczenia. Ale i tym razem chłopczyk poradził sobie z jeszcze mocniejszą chemią, jeszcze trudniejszą walką i z trudami kolejnego przeszczepu.

Cieszą się „po cichu”

Dziś chłopczyk powolutku wraca do zdrowia – przeszczepiony szpik pięknie pracuje, lekarze odstawili mu wiele leków, Wiktor rośnie i powoli goni swoich rówieśników w zdobywaniu nowych umiejętności. I wizyty kontrolne w szpitalu też są coraz rzadsze. I chociaż rodzice cieszą się, że maluch powoli wychodzi na prostą, nikt nie otwiera szampana z powodu zakończenia kolejnego etapu leczenia, ani nie skacze z radości. Cieszą się „po cichu”. Po „ciuchu” też trochę się martwią. Bo białaczka lubi wracać. Ale mama Wiktora, pani Agata nie traci pogody ducha. I tak pisze w imieniu synka: „Mianem “zdrowy”, będę mógł się pochwalić dopiero po 5 latach od zakończenia leczenia. Niemniej jednak wierzę, że tak właśnie będzie, a wszystko co złe już za mną. Teraz to już tylko kariera, piękne dziewczyny i wygrana w totka”.

 

Pomóż dzieciom chorym na raka!

Fundacja „Na ratunek dzieciom z chorobą nowotworową” Ślężna 114s/1, 53-111 Wrocław

Pomaganie jest tak proste!

Masz realny wpływ na życie naszych Podopiecznych!
Przylądek Nadziei wpłaty

25zł

Wpłacam

50zł

Wpłacam

100zł

Wpłacam

Wpłata od serca

Wpłacam

Dzięki Tobie możemy działać!