Jeszcze w czwartek 17 września przeszła pięć kilometrów po lesie, wróciła z pełnym koszem grzybów i zaliczyła półtoragodzinny trening. W piątek wieczorem lekarze mówili o stanie zagrożenia życia. Jedenastoletnia Hania z Nowej Rudy, prawoskrzydłowa młodzików Piasta Nowa Ruda i zagorzała kibicka Barcelony, rozgrywa teraz mecz, którego nikt nie wpisywał do terminarza.
Ostatni zwyczajny czwartek
Kto szukałby w tej historii sygnałów ostrzegawczych, wróciłby z pustymi rękami. Żadnych siniaków, krwotoków z nosa ani ciągnących się infekcji. Przez dwa ostatnie lata Hania nie złapała nawet kataru. Mama, Alicja Jasicka, wylicza jednym tchem: „Huśtawka, piłka nożna, koszykówka, rower, hulajnoga, całe dnie na podwórku”.
W połowie września zaczęło ją szczypać w gardle. Początek roku szkolnego, w klasie połowa dzieci pociąga nosem, więc nikt nie bił na alarm. Hania chodziła do szkoły, jadła trochę mniej, czasem mówiła, że brakuje jej siły. „Wszystko wrzuciliśmy do jednego wora” – przyznaje mama.
W czwartek, 17 września, po lekcjach pojechały razem na grzyby, bo Hania zbiera je z taką samą pasją, z jaką gra w piłkę. Pięć kilometrów po lesie, cały kosz. Po powrocie trening, półtorej godziny na boisku, a potem do domu na hulajnodze. Dopiero wieczorem przyznała, że czuje się kiepsko. Miała gorączkę.


Telefon w trakcie kroplówki
Piątek. Hania czuje się gorzej, a pediatra akurat wyjechał na urlop. Można by czekać do poniedziałku, ale panią Alicję coś pcha na nocną izbę przyjęć w Kłodzku. „Może jakiś antybiotyk już zadziała” – myśli.
Dwudziesta, poczekalnia. Dwudziesta pierwsza, gabinet. Lekarka zagląda Hani do gardła, pewna, że zobaczy anginę. Gardło jest czyściutkie. To skąd gorączka? Skąd to osłabienie? Nikt nie wie, więc pobierają krew i podłączają kroplówkę wzmacniającą. Kroplówka jeszcze kapie, gdy dzwoni telefon. Do sali wpada pielęgniarka i ją odłącza. Niczego nie tłumaczy. Mówi tylko, że zaraz przyjdzie pani doktor. I rzeczywiście przychodzi, ale ma złe wieści. Wynik hemoglobiny: 5.
U zdrowej jedenastolatki powinna być ponad dwa razy wyższa. Od tej chwili wszystko dzieje się naraz. Skrajna anemia. Serce pracuje na granicy wytrzymałości. Stan zagrażający życiu. Krew trzeba ściągać aż z Wałbrzycha, a Hania ma grupę 0 Rh minus, więc może dostać tylko taką samą. Jest. Pierwszą jednostkę Hania dostaje jeszcze w piątek w nocy, zaraz po jej przywiezieniu. W sobotę badania, a potem druga jednostka. Reszta wyników wygląda przyzwoicie, ale jeden rozmaz krwi nie daje lekarce spokoju. Lekarka mówi wprost, że nie zaśnie, jeśli wypuści je do domu bez potwierdzenia.
W niedzielę rano karetka przewozi mamę z córką do wrocławskiego Przylądka Nadziei. Około południa, zaraz po przyjęciu na oddział, Hani pobierają trzynaście probówek krwi. „Patrzyłam z przerażeniem. Pomyślałam, że zabierają jej wszystko, co dostała” – wspomina pani Alicja. Wieczorem, o dwudziestej, do sali wchodzi pani doktor Jadzia. Wynik jest bardzo niepokojący, diagnoza zaczyna się potwierdzać.
Ostra białaczka limfoblastyczna. Blasty, czyli chore komórki, to już ponad połowa białych krwinek w jej krwi. Lekarze nie mają wątpliwości, że nie ma na co czekać. We wtorek pobierają szpik i od razu podają pierwszą chemię, prosto do kanału kręgowego. „Minęły właściwie dwa dni, a nam się wydawało, że wieczność” – przywołuje te chwile pani Alicja.

Dom, do którego miały zaraz wrócić
Wychodząc w piątek na izbę przyjęć, mama zapewniała resztę domowników, że to tylko ból gardła i niedługo wrócą. Siedmioletnia Marysia i czteroletni Jaś poszli spać. W nocy nie było już jak im powiedzieć, że mama z Hanią nie wrócą przez najbliższe miesiące. Pierwszy etap leczenia, czyli chemia dożylna i dokanałowa oraz sterydy trzy razy dziennie, potrwa dwa i pół do trzech miesięcy. Ile dokładnie, zależy od tego, jak zareaguje organizm.
Tata Hani jest zawodowym kierowcą i codziennie wyrusza do pracy o drugiej, trzeciej nad ranem. Mama do tej pory była na urlopie wychowawczym z Jasiem, czyli w domu od rana do wieczora. Teraz zamieszkała na oddziale. Bez dziadków i brata pani Alicji z rodziną nikt by tego nie poskładał.
Jaś jest jeszcze za mały, żeby rozumieć, co się stało. Wie tylko, że mamy nagle nie ma, i pokazuje swoim zachowaniem, jak bardzo tęskni. Marysia rozumie coraz więcej, ale chowa to w sobie.
W pierwszych dniach, kiedy pani Alicja płakała przy każdej okazji, córka milkła, udawała, że nie widzi łez, i nie zabiegała o uwagę. Dawała mamie chwilę spokoju. „Boję się, że ona to wszystko trzyma w środku. A przecież to jeszcze małe dziecko” – przyznaje pani Alicja. Rodzice poprosili o pomoc specjalistów. Marysia dzwoni do siostry na wideo, wysyła laurki i drobne prezenty. Hania też tęskni za rodzeństwem. Po chwili namysłu dodaje jednak, że w szpitalu ma jedną przewagę – nikt jej tu nie dokucza.


Na skrzydle dużo się biega
Barcelonie kibicuje od zerówki, a chodzi już do piątej klasy. Na kibicowaniu się nie kończy. Od dwóch lat Hania gra w Piaście Nowa Ruda, a wcześniej całymi dniami kopała na podwórku. Czasem gra w obronie, ale najlepiej czuje się na prawym skrzydle.
„Bo na skrzydle dużo się pracuje i dużo piłek rozgrywa” – tłumaczy młoda piłkarka. Woli dogrywać, niż strzelać. W piłce nożnej to rzadki i bardzo ceniony charakter. Lubi też koszykówkę. W tym roku dostała własny pokój, z komputerem i telewizorem, ale w ciepłe dni trudno ją było ściągnąć do domu. Ekran przegrywał u niej z boiskiem. Jedyny kłopot był wtedy, gdy nie miała z kim grać.
Wszyscy grają dla Hani
Teraz to inni grają dla niej. Piast Nowa Ruda ogłosił akcję #GramyDlaHani. Przez cały weekend zawodnicy nagrywali dla niej filmiki na każdym meczu, a puchar z turnieju jej rówieśników trafi w jej ręce. Na kościółku, czyli w dobrze znanym miejscu spotkań w Nowej Rudzie, odbyła się aukcja, na której, jak relacjonuje Hania, „były konie, można się było przejechać albo terenówką offroad, i ogniska były”.
Miasto Nowa Ruda szykuje wspólny bieg, żeby pokazać, że całe miasto trzyma kciuki. Pod koniec października przyjaciele rodziny organizują w okolicznej restauracji charytatywny kiermasz z masą atrakcji, który z dnia na dzień nabiera rozmachu. O Hani pamięta też jej szkoła. Wychowawczyni wymyśliła „11 dni dla Hani”, bo Hania ma właśnie jedenaście lat. Każdego dnia dzieje się coś innego. Pierwszego był film „Poznaj Hanię”, potem nagrania z nominacjami do kolejnych nagrań. Powstał z tego spory łańcuszek w mediach społecznościowych.
Wyrazy wsparcia spływają zewsząd. Odzywają się nawet ludzie, których rodzina w ogóle nie zna. Pani Alicja była zawsze zdecydowaną przeciwniczką mediów społecznościowych dla dzieci. Hania nie miała żadnego konta. Kilka dni temu mama sama założyła jej profil na Facebooku. „Tyle dobra się tam dla niej dzieje, tyle komentarzy. Niech czyta i ma z tego siłę” – stwierdza mama Hani.


Przeciwnik, którego można pokonać
Na oddziale Hania rozmawia z psychologiem, przygląda się innym dzieciom i wyciąga własne wnioski. Doszła do tego, że jej choroba jest „nie najlepsza, tylko najsłabsza”. Lekarze nie wyprowadzają jej z błędu. Przy tym rozpoznaniu szanse na wyleczenie sięgają dziewięćdziesięciu procent, a metod leczenia jest najwięcej. „Rozgrywa swój najważniejszy mecz, nie na boisku, tylko życiowy. I nie ma opcji, wygramy” – przyznaje mama. „W pierwszym tygodniu radziła sobie zdecydowanie lepiej niż my, rodzice” – nadmienia.
Jakie marzenia ma Hania? Najważniejsze – wyzdrowieć. Na tym lista się jednak nie kończy. Przede wszystkim chce zobaczyć na żywo mecz swojej ukochanej Barcelony na nowym Camp Nou. Rodzice obiecali, że staną na głowie, żeby to się udało, kiedy tylko lekarze dadzą zielone światło. Na boisku Hania woli asystować, niż strzelać bramki. Tym razem to ona potrzebuje naszej asysty i wsparcia. Nie zawiedźmy jej.


